Tajna notatka obnażająca słabość ROSJi i Putina.

To może być moment słabości Putina. Zachód nie powinien go zmarnować

Przez lata Zachód zadawał sobie niewłaściwe pytanie: jak powstrzymać Rosję, nie doprowadzając do jej destabilizacji? Dziś coraz bardziej zasadne staje się pytanie odwrotne: czy właśnie strach przed destabilizacją nie pozwala Władimirowi Putinowi przetrwać znacznie dłużej, niż wynikałoby to z realnej kondycji jego państwa?

Ujawniona przez grupę Black Mirror domniemana analiza Sberbanku jest pod tym względem fascynującym dokumentem. Trzeba od razu zastrzec: jej autentyczność nie została niezależnie potwierdzona, a sam Sberbank nie potwierdził, kto ją sporządził. Nie wolno więc traktować jej jak objawionej prawdy. Ale nawet jako materiał wymagający ostrożności wpisuje się ona w obraz, który wyłania się z wielu innych źródeł. Według dokumentu szansa na zdecydowane zwycięstwo militarne Rosji została oceniona na zaledwie 7 proc., podczas gdy znacznie bardziej prawdopodobne miałyby być różne formy zamrożenia wojny.

To nie jest obraz imperium pewnego swojego triumfu. To obraz państwa szukającego wyjścia.

Rosja Putina wciąż jest groźna. Dysponuje bronią nuklearną, ogromnym aparatem represji, rozbudowanym przemysłem wojennym i zdolnością zadawania Ukrainie potężnych strat. Byłoby więc absurdem ogłaszać, że reżim za chwilę runie sam z siebie.

Ale równie wielkim błędem byłoby ignorowanie faktu, że jego fundamenty są dziś pod presją większą niż przez wiele poprzednich lat.

I być może rzeczywiście nie miały.

Wojna zaczyna zjadać państwo

Royal United Services Institute opisuje rosyjską gospodarkę jako klasyczną gospodarkę wojenną, w której wzrost coraz silniej zależy od zamówień państwowych i wydatków zbrojeniowych, podczas gdy sektor cywilny traci ludzi, kapitał i technologie.

Jeszcze ostrzej problem przedstawia International Institute for Strategic Studies. Według jego analizy Rosja zbliża się do granic swoich zdolności produkcyjnych, mierzy się z niedoborem pracowników i stoi przed coraz trudniejszym wyborem: albo jeszcze głębiej zmobilizować społeczeństwo i gospodarkę na potrzeby wojny, albo ograniczyć swoje cele. IISS ocenia obecny model prowadzenia wojny jako w dłuższej perspektywie gospodarczo niezrównoważony.

Do tego dochodzą uderzenia w sektor energetyczny. W sierpniu ukraińskie ataki na rosyjskie rafinerie doprowadziły do poważnych problemów z przerobem ropy i zmusiły Rosję do zwiększania importu paliw. „The Guardian” opisywał ograniczenia sprzedaży i rosnącą presję na rosyjski system paliwowy.

To szczególnie ważne, bo energia pozostaje jednym z najważniejszych źródeł finansowania rosyjskiego państwa.

KIEDY ROSYJSKA GOSPODARKA CAŁKOWICIE SIĘ ZAŁAMIE?

Zachód ma narzędzia. Problemem pozostaje konsekwencja

Unia Europejska przyjęła w lipcu 2026 r. 21. pakiet sankcji, rozszerzając restrykcje m.in. wobec rosyjskiej floty cieni, sektora finansowego, platform kryptowalutowych i podmiotów pomagających Moskwie obchodzić wcześniejsze ograniczenia. Samych objętych restrykcjami statków powiązanych z flotą cieni było już wówczas ponad 600.

Wielka Brytania podaje z kolei, że sankcje USA, UE i Londynu odcięły Rosję od co najmniej 450 mld dolarów potencjalnych zasobów od początku pełnoskalowej inwazji.

NATO również nie zachowuje się dziś jak sojusz pogodzony z rosyjską przewagą. Na szczycie w Ankarze państwa Sojuszu zadeklarowały 70 mld euro pomocy wojskowej, wyposażenia i szkoleń dla Ukrainy na 2026 r., zapowiadając utrzymanie co najmniej porównywalnego poziomu także w 2027 r.

Europa i USA mają więc instrumenty gospodarcze, militarne i technologiczne, które — jeśli będą używane jednocześnie — mogą zwiększać koszt dalszego prowadzenia wojny szybciej, niż Kreml będzie w stanie go przerzucać na społeczeństwo.

I właśnie tutaj pojawia się historyczna szansa.

Nie na „marsz na Moskwę”. Nie na eksportowaną z zewnątrz rewolucję.

Na coś bardziej realistycznego: stworzenie takich warunków, w których system Putina utraci zdolność do dalszego finansowania agresji, kupowania lojalności elit i przekonywania Rosjan, że wojna nie ma dla nich ceny.

CZY USA JEST W STANIE ZMUSIĆ PUTINA DO POKOJU?

Największą słabością autorytaryzmu jest jego pozorna stabilność

System Putina często przedstawiany jest jako monolit. W rzeczywistości opiera się na kruchej umowie.

Społeczeństwo ma pozostawać bierne.

Elity mają pozostawać bogate.

Aparat bezpieczeństwa ma pozostawać lojalny.

Budżet ma wystarczać jednocześnie na wojsko, represje, emerytury, propagandę i transfery dla regionów.

Dopóki wszystkie te elementy działają razem, Kreml wygląda na niezwykle silny. Ale autorytarne systemy mają pewną charakterystyczną cechę: ich stabilność jest trudna do zmierzenia aż do momentu, kiedy zaczyna się gwałtownie rozpadać.

Ośrodek Studiów Wschodnich wskazuje wśród rosyjskich słabości rosnące koszty wojny, problemy budżetowe, regres technologiczny, niedobory siły roboczej. Dodatkowo wskazują na wysoką inflację, zależność od Chin, problemy infrastrukturalne oraz pogłębiający się kryzys demograficzny. Jednocześnie podkreśla, że reżim nadal zachowuje względną stabilność. To dzięki represjom, propagandzie i materialnym korzyściom, jakie część społeczeństwa i elit czerpie z gospodarki wojennej.

I właśnie dlatego celem Zachodu powinno być uderzanie nie w rosyjskie społeczeństwo jako takie, lecz w mechanizmy podtrzymujące wojnę i lojalność systemu.

Dochody energetyczne.

Obchodzenie sankcji.

Import technologii podwójnego zastosowania.

Sieci finansowe oligarchów.

Flotę cieni.

Przemysł zbrojeniowy.

A równocześnie — utrzymanie Ukrainy w pozycji, w której Rosja nie może osiągnąć rozstrzygającego sukcesu militarnego.

Putin liczy przede wszystkim na zmęczenie Zachodu

To może być dziś najważniejsza karta Kremla.

Nie czołgi. Nie nawet ropa.

Czas.

Moskwa od początku zakładała, że demokracje są mniej odporne niż dyktatury. Że społeczeństwa Zachodu zmęczą się kosztami. Iż interesy gospodarcze rozbiją jedność. Że po kilku latach pomoc dla Ukrainy zacznie być postrzegana jako ciężar, a nie inwestycja w europejskie bezpieczeństwo.

Dlatego najgorszą rzeczą, jaką mogłyby zrobić dziś USA i Europa, byłoby podarowanie Putinowi przekonania, że miał rację.

Koalicja państw wspierających Ukrainę deklarowała w lipcu, że zamierza nadal zwiększać presję gospodarczą na Rosję, ograniczać funkcjonowanie floty cieni, dostarczać Ukrainie obronę przeciwlotniczą i zdolności dalekiego zasięgu oraz utrzymywać rosyjskie aktywa zamrożone do czasu zakończenia agresji i wypłacenia reparacji.

Jeżeli te zapowiedzi zamienią się w długofalową strategię, sytuacja Kremla stanie się znacznie trudniejsza.

Celem nie powinien być chaos w Rosji

W tym miejscu trzeba postawić ważną granicę.

Upadek reżimu Putina nie powinien oznaczać polityki mającej doprowadzić do rozpadu rosyjskiego państwa, wojny domowej czy niekontrolowanej destabilizacji mocarstwa nuklearnego. Taki scenariusz mógłby być katastrofalny dla całej Europy.

Czym innym jest jednak destabilizacja państwa, a czym innym osłabienie autorytarnego systemu władzy. Do tego stopnia, że rosyjskie elity i społeczeństwo zaczynają widzieć zmianę jako mniej kosztowną od dalszego trwania przy obecnym kursie.

Putinizm nie jest Rosją.

Putin nie jest rosyjskim państwem.

I nie istnieje żadne prawo historii mówiące, że Federacja Rosyjska musi na zawsze pozostawać agresywną dyktaturą zbudowaną wokół jednego człowieka.

Zachód nie może wybrać następcy Putina. Nie powinien też próbować tego robić.

Może jednak sprawić, że agresja przestanie się opłacać.

Chce odebrać reżimowi możliwość przedstawiania wojny jako pasma zwycięstw.

Może ograniczać dochody, dzięki którym Kreml finansuje zarówno armię, jak i aparat represji.

Powinien dać Ukrainie narzędzia potrzebne do tego, by rosyjska ofensywa nie przynosiła politycznych korzyści.

Może wreszcie powiedzieć rosyjskiemu społeczeństwu coś, czego propaganda Kremla boi się najbardziej: problemem nie jest istnienie Rosji. Problemem jest system, który poświęca jej przyszłość dla politycznego przetrwania jednego człowieka i jego otoczenia.

To może być moment, którego Zachód później będzie żałował

Historia nie daje wielu chwil, w których przeciwnik jednocześnie ponosi ogromne koszty wojny, traci część przewagi energetycznej, odczuwa skutki ograniczeń technologicznych, walczy z niedoborem ludzi, a jednocześnie nie jest w stanie osiągnąć strategicznego zwycięstwa.

Taki moment nie oznacza automatycznego końca Putina.

Oznacza jednak, że cena utrzymywania jego systemu może zacząć rosnąć szybciej niż zdolność systemu do jej płacenia.

I właśnie dlatego USA wraz z Europą stoją dziś przed wyborem. Wyborem znacznie większym niż kwestia kolejnego pakietu sankcji czy kolejnej transzy uzbrojenia.

Mogą uznać, że celem jest jedynie zatrzymanie wojny i jeszcze raz pozwolić Kremlowi odbudować siły.

Albo mogą przyjąć szerszą strategię: utrzymywać presję aż do momentu, gdy rosyjska agresja przestanie być fundamentem politycznej stabilności Putina. A wtedy stanie się jej największym zagrożeniem.

Nie ma gwarancji, że taki proces zakończy jego rządy.

Ale po raz pierwszy od dawna można poważnie postawić tezę. Zachód dysponuje środkami, aby sprawić, że dalsze trwanie putinowskiego modelu stanie się znacznie trudniejsze.

Największym błędem byłoby teraz samemu zdjąć nogę z gazu.

  • Alkoholowa Polska. Prezydenckie weto, krakowski eksperyment i miliardy, które tracimy na piciu

    Prezydent widzi wyborców, a nie cierpienie obywateli. Czy państwo powinno zarabiać na alkoholu, czy raczej ograniczać straty, które jego spożywanie powoduje? Kraków dostarcza argumentów do ogólnopolskiej dyskusji, a decyzja prezydenta Karola Nawrockiego o zawetowaniu podwyżki akcyzy nadaje jej dodatkowy polityczny wymiar. Prezydent powiedział „nie” podwyżce akcyzy 18 grudnia 2025 roku prezydent Karol Nawrocki zawetował ustawę…

  • Nie nasz, nie wasz. Polski. Czy czas na reset Trybunału Konstytucyjnego?

    Trybunał, któremu musimy znowu zaufać Problem Polski nie polega dziś wyłącznie na tym, kto siedzi w fotelu prezesa Trybunału Konstytucyjnego. Problem jest znacznie poważniejszy: część obywateli przestała wierzyć, że Trybunał stoi ponad polityczną wojną. A państwo, w którym konstytucyjny bezpiecznik sam staje się przedmiotem sporu, zaczyna mieć problem większy niż jakakolwiek partia. Najnowsza odsłona konfliktu…

  • Trzaskowski spokojny, referendum w Warszawie odwołane.

    Koniec stresu dla Warszawy. Trzaskowski może działać dalej. Warszawa nie pójdzie do referendum w sprawie odwołania Rafała Trzaskowskiego i Rady Warszawy. Inicjatorzy Stołecznej Operacji Referendalnej zebrali około 111 tysięcy podpisów. Potrzebowali około 132 tysięcy. Zabrakło mniej więcej 21 tysięcy. I właśnie w tym miejscu można mówić o demokracji — choć zapewne każda ze stron rozumie…

  • Nawrocki w ONZ walczy o reparacje zamiast o pokój.

    Te same tezy kolejny rok z rzędu. Po przemówieniu polskiego prezydenta w ONZ chciałbym wiedzieć, co Polska zamierza zrobić, żeby nasze dzieci za dziesięć lat żyły bezpieczniej. Jaką inicjatywę proponujemy światu i kogo potrafimy do niej przekonać. Pamięć o dawnych krzywdach nadaje tym pytaniom ciężar. Sama jednak nie przynosi odpowiedzi. Karol Nawrocki rozpoczął wystąpienie 23…

  • Polska ma jeden z największych RZĄDÓW w całym G20.

    Polska na dorobku, rząd na bogato W Polsce obywatel powinien być oszczędny, przedsiębiorca wydajny, a pracownik elastyczny. Władza najwyraźniej najbardziej ceni tę ostatnią cechę. Zwłaszcza kiedy trzeba elastycznie zmieścić przy rządowym stole jeszcze jedną osobę. Nie jesteśmy państwem wielkości Indii. Nie mamy tylu mieszkańców co Japonia, Niemcy, Francja czy Włochy. A jednak pod względem liczby…

  • Trump i jego USA niczym Kaczyński, tuż przed wyborami chce zmienić okręgi wyborcze!!!

    Kiedy władza zaczyna poprawiać zasady wyborów. Wtedy w USA Trump ma problemy! W demokracji można zmieniać podatki, ministrów, programy społeczne, granice administracyjne, a nawet konstytucję, jeśli ma się do tego odpowiednią większość. Jest jednak jedna dziedzina, przy której każdej władzy powinna zapalać się czerwona lampka: reguły wyborów. Czyżby USA za czasów Trumpa całkowicie chciało się…

Oryginalny tekst będący podstawą napisanego felietonu, najdziesz TUTAJ:

Dżakarta – miasto, którego nie da się oglądać z bezpiecznej odległości

0

Ponad 40 milionów mieszkańców w jednym mieście!

Większość turystów przylatujących do Indonezji traktuje Dżakartę jak poczekalnię. Wysiadają z samolotu, odbierają bagaż i jak najszybciej uciekają na Bali, Lombok albo rajskie wyspy archipelagu. To błąd. Dżakarta nie jest wprawdzie pocztówką z palmą pochyloną nad turkusową wodą, ale potrafi zaoferować coś, czego na pocztówkach zwykle brakuje – prawdziwe życie.

To miasto ogromne, głośne, zakorkowane i momentami przytłaczające. Nie próbuje przypodobać się turyście. Nie wygładza swoich kantów i nie udaje egzotycznego kurortu. Dżakarta po prostu żyje – od świtu do późnej nocy, na ulicach, bazarach, dworcach, w meczetach, biurowcach i niewielkich barach, w których za kilka złotych można zjeść jeden z najlepszych posiłków podczas całej podróży.

I właśnie dlatego warto ją odwiedzić.

Miasto, które ma wiele twarzy

Dżakarta przypomina kilkanaście różnych miast połączonych w jedną, nie zawsze logiczną całość. W jednej dzielnicy wyrastają szklane wieżowce, luksusowe galerie handlowe i eleganckie hotele, a kilka ulic dalej życie toczy się w wąskich alejkach, pomiędzy straganami, warsztatami i niewielkimi domami.

Najlepszym miejscem na rozpoczęcie poznawania miasta jest Kota Tua, czyli Stare Miasto. To pozostałość po kolonialnej Batawii – dawnym centrum holenderskich wpływów w tej części świata. Sercem dzielnicy jest plac Fatahillah otoczony zabytkowymi budynkami. Można tu wypożyczyć kolorowy rower, obejrzeć uliczne przedstawienia albo wejść do Muzeum Historii Dżakarty, mieszczącego się w dawnym ratuszu. W pobliżu działa również Muzeum Wayang, poświęcone tradycyjnemu indonezyjskiemu teatrowi lalek. Indonezyjskie Ministerstwo Turystyki zalicza Kota Tua do najważniejszych historycznych miejsc miasta.

Kilka kilometrów dalej znajduje się port Sunda Kelapa. To jedno z tych miejsc, w których historia nie została zamknięta za muzealną szybą. Przy nabrzeżu nadal cumują tradycyjne drewniane statki pinisi, wykorzystywane do transportu towarów pomiędzy indonezyjskimi wyspami. Ich wysokie burty i charakterystyczne dzioby wyglądają jak fragment dawnego świata, który przez przypadek przetrwał w środku nowoczesnej metropolii.

Sunda Kelapa przypomina, że Dżakarta nie narodziła się jako stolica wieżowców i autostrad. Zaczynała jako port, do którego przypływali kupcy z Chin, Indii, krajów arabskich i Europy. Dzisiejszy chaos miasta jest w pewnym sensie dalszym ciągiem tamtego spotkania kultur.

INDONEZJA BUDUJE NOWĄ STOLICĘ, DŻAKARTA JEST DLA NICH ZBYT ZATŁOCZONA.

Złoty płomień nad miastem

Najbardziej rozpoznawalnym symbolem Dżakarty jest Monumen Nasional, znany powszechnie jako Monas. Monument ma 132 metry wysokości, a jego szczyt zdobi złoty płomień symbolizujący walkę Indonezyjczyków o niepodległość. W środku znajduje się muzeum z historycznymi dioramami, natomiast z platformy widokowej można spojrzeć na miasto z góry.

Dopiero stamtąd widać prawdziwą skalę Dżakarty. Budynki ciągną się niemal bez końca, a pomiędzy nimi przepływa nieprzerwany strumień samochodów, motocykli i autobusów. To nie jest panorama spokojna, ale z pewnością robi wrażenie.

Niedaleko Monasu stoi meczet Istiqlal – największy meczet Azji Południowo-Wschodniej, mogący pomieścić nawet 120 tysięcy wiernych. Jedną z najciekawszych informacji jest to, że świątynię zaprojektował chrześcijański architekt Friedrich Silaban. Sama nazwa „Istiqlal” oznacza niepodległość. Oficjalny portal turystyczny Indonezji opisuje meczet jako symbol religijnej tolerancji.

Naprzeciwko Istiqlal znajduje się neogotycka katedra Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Bliskość obu świątyń ma znaczenie większe niż tylko urbanistyczne. Podczas najważniejszych uroczystości religijnych ich wspólnoty pomagają sobie między innymi poprzez udostępnianie miejsc parkingowych. W kraju zamieszkanym przez setki grup etnicznych i wyznawców różnych religii taki obraz mówi więcej niż niejedno oficjalne przemówienie.

Dżakarta smakuje na ulicy

Dżakarty nie da się poznać wyłącznie poprzez zabytki. Trzeba jej również spróbować. Najlepiej w niewielkim warungu, czyli lokalnym barze, w którym jedzenie przygotowywane jest często na oczach klientów.

Warto zamówić soto Betawi – aromatyczną zupę z mięsem, ziemniakami i intensywnymi przyprawami. Na śniadanie można spróbować nasi uduk, czyli ryżu gotowanego w mleku kokosowym, podawanego z jajkiem, kurczakiem, tofu lub ostrym sambalem. Charakterystyczną przekąską jest natomiast kerak telor, przygotowywany z kleistego ryżu, jajka, suszonych krewetek i prażonego kokosa. To jedno z najbardziej rozpoznawalnych dań kuchni Betawi – rdzennych mieszkańców Dżakarty. Listę tradycyjnych potraw miasta publikuje również indonezyjski portal turystyczny.

Miasto najlepiej smakuje wieczorem, kiedy upał słabnie, przed lokalami pojawiają się plastikowe stoliki, a nad ulicznymi grillami unosi się zapach dymu, chilli i słodkiego sosu sojowego. Wtedy Dżakarta przestaje być olbrzymią metropolią, a staje się zbiorem małych, bardzo ludzkich historii.

70% INDONEZYJCZYKÓW PALI PAPIEROSY.

Rajskie wyspy też należą do Dżakarty

Największym zaskoczeniem może być fakt, że administracyjna Dżakarta obejmuje również Wyspy Tysiąca, czyli Kepulauan Seribu. Wbrew nazwie nie ma ich dokładnie tysiąca, ale jest ich wystarczająco dużo, aby po dwóch dniach spędzonych w miejskim zgiełku znaleźć plażę, wodę i odrobinę ciszy.

Na część wysp można dopłynąć łodzią lub promem. Są tam niewielkie ośrodki, miejsca do nurkowania, pozostałości dawnych fortyfikacji i wyspy zamieszkane przez lokalne społeczności. Oficjalny portal turystyczny Indonezji przedstawia archipelag jako morską część Dżakarty – zupełnie inną od zatłoczonego centrum.

Nie przyjeżdżaj po wygodę. Przyjedź po doświadczenie

Dżakarta nie jest miastem łatwym. Trzeba przygotować się na korki, wilgoć, hałas i odległości, które na mapie wyglądają niewinnie, a w rzeczywistości potrafią pochłonąć godzinę. Najlepiej zwiedzać ją dzielnicami, ruszać wcześnie rano i korzystać z kolei miejskiej, metra, autobusów TransJakarta oraz popularnych motocyklowych taksówek.

W zamian Dżakarta daje możliwość zobaczenia Indonezji, której nie znajdziemy w katalogach biur podróży. Indonezji nowoczesnej i tradycyjnej jednocześnie, religijnej i kosmopolitycznej, bogatej i biednej, uporządkowanej i chaotycznej.

Bali pokazuje światu piękną twarz Indonezji. Dżakarta pokazuje jej charakter.

Dlatego nie warto traktować jej wyłącznie jako lotniska przesiadkowego. Zostańcie przynajmniej na dwa lub trzy dni. Zgubcie się w Kota Tua, zobaczcie drewniane statki w Sunda Kelapa, spójrzcie na miasto ze szczytu Monasu, wejdźcie do Istiqlal i zjedzcie kolację przy plastikowym stoliku na ulicy.

Dżakarta prawdopodobnie was zmęczy. Może nawet zirytuje. Ale obojętnymi z pewnością was nie pozostawi. A przecież właśnie po takie miasta naprawdę warto podróżować.

  • Alkoholowa Polska. Prezydenckie weto, krakowski eksperyment i miliardy, które tracimy na piciu

    Prezydent widzi wyborców, a nie cierpienie obywateli. Czy państwo powinno zarabiać na alkoholu, czy raczej ograniczać straty, które jego spożywanie powoduje? Kraków dostarcza argumentów do ogólnopolskiej dyskusji, a decyzja prezydenta Karola Nawrockiego o zawetowaniu podwyżki akcyzy nadaje jej dodatkowy polityczny wymiar. Prezydent powiedział „nie” podwyżce akcyzy 18 grudnia 2025 roku prezydent Karol Nawrocki zawetował ustawę…

  • Nie nasz, nie wasz. Polski. Czy czas na reset Trybunału Konstytucyjnego?

    Trybunał, któremu musimy znowu zaufać Problem Polski nie polega dziś wyłącznie na tym, kto siedzi w fotelu prezesa Trybunału Konstytucyjnego. Problem jest znacznie poważniejszy: część obywateli przestała wierzyć, że Trybunał stoi ponad polityczną wojną. A państwo, w którym konstytucyjny bezpiecznik sam staje się przedmiotem sporu, zaczyna mieć problem większy niż jakakolwiek partia. Najnowsza odsłona konfliktu…

  • Trzaskowski spokojny, referendum w Warszawie odwołane.

    Koniec stresu dla Warszawy. Trzaskowski może działać dalej. Warszawa nie pójdzie do referendum w sprawie odwołania Rafała Trzaskowskiego i Rady Warszawy. Inicjatorzy Stołecznej Operacji Referendalnej zebrali około 111 tysięcy podpisów. Potrzebowali około 132 tysięcy. Zabrakło mniej więcej 21 tysięcy. I właśnie w tym miejscu można mówić o demokracji — choć zapewne każda ze stron rozumie…

  • Nawrocki w ONZ walczy o reparacje zamiast o pokój.

    Te same tezy kolejny rok z rzędu. Po przemówieniu polskiego prezydenta w ONZ chciałbym wiedzieć, co Polska zamierza zrobić, żeby nasze dzieci za dziesięć lat żyły bezpieczniej. Jaką inicjatywę proponujemy światu i kogo potrafimy do niej przekonać. Pamięć o dawnych krzywdach nadaje tym pytaniom ciężar. Sama jednak nie przynosi odpowiedzi. Karol Nawrocki rozpoczął wystąpienie 23…

  • Polska ma jeden z największych RZĄDÓW w całym G20.

    Polska na dorobku, rząd na bogato W Polsce obywatel powinien być oszczędny, przedsiębiorca wydajny, a pracownik elastyczny. Władza najwyraźniej najbardziej ceni tę ostatnią cechę. Zwłaszcza kiedy trzeba elastycznie zmieścić przy rządowym stole jeszcze jedną osobę. Nie jesteśmy państwem wielkości Indii. Nie mamy tylu mieszkańców co Japonia, Niemcy, Francja czy Włochy. A jednak pod względem liczby…

  • Trump i jego USA niczym Kaczyński, tuż przed wyborami chce zmienić okręgi wyborcze!!!

    Kiedy władza zaczyna poprawiać zasady wyborów. Wtedy w USA Trump ma problemy! W demokracji można zmieniać podatki, ministrów, programy społeczne, granice administracyjne, a nawet konstytucję, jeśli ma się do tego odpowiednią większość. Jest jednak jedna dziedzina, przy której każdej władzy powinna zapalać się czerwona lampka: reguły wyborów. Czyżby USA za czasów Trumpa całkowicie chciało się…

Oryginalny tekst będący podstawą napisanego felietonu, najdziesz TUTAJ:

Polska rodzina na swoim. Tylko rachunek płaci podatnik

Kiedy koledzy mają kwity na tatusia, syn dostaje nagle AWANS?

W Polsce istnieje wyjątkowo skuteczny program aktywizacji zawodowej. Nie trzeba go szukać w urzędach pracy, nie trzeba wypełniać wniosków i nie wymaga on nawet oficjalnej rejestracji. Wystarczy znaleźć się odpowiednio blisko polityki. Najlepiej jako działacz, współpracownik, znajomy. A czasem — zupełnym przypadkiem — jako syn, córka, żona, mąż czy inny krewny osoby sprawującej władzę.

Zmieniają się partie. Zmieniają się premierzy. Budują się nowe hasła na billboardach. Jedno pozostaje zadziwiająco trwałe: przekonanie, że spółki Skarbu Państwa, miejskie przedsiębiorstwa i publiczne instytucje są czymś pomiędzy urzędem a partyjnym biurem pośrednictwa pracy.

Najnowszy przykład daje Bychawa. Mateusz Lorek, syn posła PiS Grzegorza Lorka, trafił do Bychawskiego Przedsiębiorstwa Komunalnego w czerwcu 2024 roku. Miał 27 lat i był niedługo po studiach prawniczych. Najpierw został wiceprezesem, a po kilku miesiącach — prezesem. Propozycję pracy otrzymał od burmistrz Marty Krzyżak, również należącej do PiS. Zarówno on, jak i władze miasta zapewniają, że pokrewieństwo oraz polityka nie miały przy nominacji żadnego znaczenia.

I być może rzeczywiście nie miały.

Niestety ten scenariusz dotyka każdej partii.

Tyle że właśnie w tym miejscu zaczyna się problem.

Bo obywatel nie powinien być zmuszany do wiary.

Powinien mieć możliwość sprawdzenia.

Jeżeli stanowisko w publicznej spółce otrzymuje syn posła, nie wystarczy powiedzieć: „jest kompetentny”. Należy pokazać otwarty konkurs, kryteria, listę kandydatów, doświadczenie każdego z nich i uzasadnienie wyboru. Nie dlatego, że dzieci polityków powinny mieć zakaz kariery. Przeciwnie. Powinny mieć takie samo prawo do niej jak wszyscy.

Tylko nie większe.

Historia III RP pokazuje tymczasem, że zdumiewająco często właściwi ludzie znajdują się we właściwym miejscu dokładnie wtedy, gdy ich partia, znajomy albo krewny uzyskuje wpływ na obsadę stanowisk.

W 2012 roku „Puls Biznesu” opublikował zestawienie 428 działaczy Platformy Obywatelskiej, członków ich rodzin i znajomych zatrudnionych w spółkach oraz instytucjach publicznych. Gazeta wyliczała, że w ciągu kilku lat osoby te otrzymały z publicznych podmiotów około 200 mln zł. Było to szczególnie gorzkie w zestawieniu z wcześniejszymi deklaracjami Donalda Tuska o zakończeniu politycznego zawłaszczania państwowych spółek.

Jeszcze wcześniej Platforma przeżyła sprawę Zyty Gilowskiej. W jej biurze poselskim pracowała synowa, a syn otrzymywał wynagrodzenie za ekspertyzy. Kontrowersja była na tyle poważna, że sprawą zajmowały się władze partyjne, a Gilowska ostatecznie opuściła PO. Po tej aferze przeprowadzono nawet ankietę wśród parlamentarzystów. Okazało się, że 23 parlamentarzystów zatrudniało łącznie 27 krewnych.

CZY TEGO RAKA MOŻNA WYCIĄĆ Z POLSKIEJ SCENY POLITYCZNEJ?

https://youtube.com/shorts/nnp4XQphctU

Potem przyszły słynne „taśmy PSL”. Rozmowy ujawnione w 2012 roku dotyczyły między innymi nieprawidłowości w instytucjach i spółkach związanych z resortem rolnictwa. Skandal doprowadził do dymisji ministra rolnictwa Marka Sawickiego, a działalnością spółki Elewarr zainteresowały się organy państwa. NIK wskazywała między innymi na powołanie prezesa bez konkursu oraz nienależnie wypłacone wynagrodzenia.

Można było wtedy pomyśleć: będzie nauczka.

Nie była.

Gdy PiS przejęło władzę, mechanizm nie zniknął. Zmieniły się przede wszystkim nazwiska. W 2017 roku „Puls Biznesu” opisywał już około tysiąca osób związanych z nową ekipą, jej działaczami, rodzinami i znajomymi, które znalazły miejsca w publicznych instytucjach i spółkach.

Skala problemu stała się na tyle niewygodna, że w 2021 roku samo Prawo i Sprawiedliwość przyjęło uchwałę ograniczającą zatrudnianie najbliższych rodzin parlamentarzystów w spółkach Skarbu Państwa. Niedługo później informowano, że 13 członków rodzin polityków PiS zrezygnowało z funkcji we władzach spółek nadzorowanych przez Ministerstwo Aktywów Państwowych. Wśród wymienianych osób byli między innymi żona europosła Ryszarda Czarneckiego i syn byłego ministra energii Krzysztofa Tchórzewskiego.

Sama konieczność uchwalania przez partię „uchwały antynepotycznej” jest zresztą dość niezwykłym komentarzem do sytuacji.

To trochę tak, jakby restauracja wywiesiła na drzwiach napis: „Od dziś kucharze zobowiązują się nie pluć do zupy”.
Człowiek zaczyna się zastanawiać, dlaczego w ogóle trzeba było to zapisywać.

Ale najważniejsze jest coś innego: nepotyzm i polityczne kolesiostwo nie są wyłącznie chorobą jednej partii. To byłoby nawet pocieszające. Wystarczyłoby wówczas zmienić władzę.

Tymczasem polskie doświadczenie uczy czegoś znacznie bardziej ponurego.

Zmiana władzy bardzo często nie likwiduje stołków politycznych.

Zmienia tylko ludzi, którzy na nich siedzą.

KIEDY POLITYK PRZETKANIE BYĆ WIĘŹNIEM PARTII

Dowody na strukturalny charakter problemu znaleźć można także w raportach Najwyższej Izby Kontroli. Już przed laty NIK zwracała uwagę, że samorządy powoływały członków rad nadzorczych spółek komunalnych bez konkursów. Izba wprost wskazywała, że taki sposób obsadzania stanowisk nie sprzyja transparentności ani wyłanianiu najlepiej przygotowanych kandydatów.

W 2025 roku NIK skontrolowała 18 komunalnych spółek należących do samorządów. We wszystkich stwierdzono nieprawidłowości dotyczące wynagrodzeń lub świadczeń dodatkowych. Łączna kwota nienależnych wynagrodzeń wyniosła blisko 2,9 mln zł, a nieprawidłowych świadczeń dodatkowych — kolejne 1,3 mln zł. Po kontroli skierowano trzy zawiadomienia do prokuratury.

Czy każda osoba związana z politykiem, która otrzymuje publiczne stanowisko, jest niekompetentna?

Oczywiście, że nie.

I właśnie dlatego tak potrzebne są przejrzyste procedury.

Nepotyzm niszczy bowiem nie tylko wtedy, gdy na stanowisku ląduje człowiek słaby. Niszczy również wtedy, gdy stanowisko obejmuje człowiek kompetentny, ale procedura jego wyboru jest tak nieprzejrzysta, że połowa społeczeństwa podejrzewa układ.

Traci wtedy państwo, spółka, a nawet obywatel.

I paradoksalnie traci także sam nominowany, ponieważ do końca kariery będzie musiał odpowiadać na pytanie, czy awansował dzięki własnym umiejętnościom, czy dzięki nazwisku zapisanym w telefonie właściwej osoby.

Dlatego odpowiedzią nie może być kolejna partyjna uchwała ani zapewnienie rzecznika, że „decyzja była merytoryczna”.

Potrzebne są zasady, których politycy nie mogą dowolnie naginać.

Jawne konkursy. Publiczne kryteria. Ujawnianie liczby kandydatów. Publikowanie doświadczenia osób zakwalifikowanych do finału. Pisemne uzasadnienie wyboru. Obowiązek ujawnienia bliskich relacji rodzinnych i politycznych z osobami mającymi wpływ na decyzję. Niezależne rady nadzorcze. Realne sankcje za obchodzenie procedur.

A przede wszystkim potrzebna jest zmiana sposobu myślenia.

Spółka komunalna nie jest nagrodą za kampanię.

Spółka Skarbu Państwa nie jest partyjnym funduszem zatrudnienia.

Urząd nie jest miejscem rehabilitacji polityków, którzy chwilowo stracili mandat.

Publiczne stanowisko nie należy do PO, PiS, PSL, Lewicy ani żadnej przyszłej partii, która będzie przekonywała Polaków, że właśnie ona przyszła „posprzątać”.

Należy do państwa.

A państwo należy do obywateli.

Polska polityka od lat próbuje wmówić wyborcom, że po każdych wyborach musimy wybierać między „naszymi” i „ich” ludźmi na stanowiskach.

Nie musimy.

Możemy zażądać, żeby zamiast „naszych” i „ich” byli po prostu najlepsi.

A gdy polityk następnym razem zapewni, że syn, żona, kolega albo partyjny współpracownik dostał publiczną posadę wyłącznie dzięki wyjątkowym kompetencjom, odpowiedź powinna być bardzo prosta:

Świetnie.

Pokażcie konkurs.

  • Alkoholowa Polska. Prezydenckie weto, krakowski eksperyment i miliardy, które tracimy na piciu

    Prezydent widzi wyborców, a nie cierpienie obywateli. Czy państwo powinno zarabiać na alkoholu, czy raczej ograniczać straty, które jego spożywanie powoduje? Kraków dostarcza argumentów do ogólnopolskiej dyskusji, a decyzja prezydenta Karola Nawrockiego o zawetowaniu podwyżki akcyzy nadaje jej dodatkowy polityczny wymiar. Prezydent powiedział „nie” podwyżce akcyzy 18 grudnia 2025 roku prezydent Karol Nawrocki zawetował ustawę…

  • Nie nasz, nie wasz. Polski. Czy czas na reset Trybunału Konstytucyjnego?

    Trybunał, któremu musimy znowu zaufać Problem Polski nie polega dziś wyłącznie na tym, kto siedzi w fotelu prezesa Trybunału Konstytucyjnego. Problem jest znacznie poważniejszy: część obywateli przestała wierzyć, że Trybunał stoi ponad polityczną wojną. A państwo, w którym konstytucyjny bezpiecznik sam staje się przedmiotem sporu, zaczyna mieć problem większy niż jakakolwiek partia. Najnowsza odsłona konfliktu…

  • Trzaskowski spokojny, referendum w Warszawie odwołane.

    Koniec stresu dla Warszawy. Trzaskowski może działać dalej. Warszawa nie pójdzie do referendum w sprawie odwołania Rafała Trzaskowskiego i Rady Warszawy. Inicjatorzy Stołecznej Operacji Referendalnej zebrali około 111 tysięcy podpisów. Potrzebowali około 132 tysięcy. Zabrakło mniej więcej 21 tysięcy. I właśnie w tym miejscu można mówić o demokracji — choć zapewne każda ze stron rozumie…

  • Nawrocki w ONZ walczy o reparacje zamiast o pokój.

    Te same tezy kolejny rok z rzędu. Po przemówieniu polskiego prezydenta w ONZ chciałbym wiedzieć, co Polska zamierza zrobić, żeby nasze dzieci za dziesięć lat żyły bezpieczniej. Jaką inicjatywę proponujemy światu i kogo potrafimy do niej przekonać. Pamięć o dawnych krzywdach nadaje tym pytaniom ciężar. Sama jednak nie przynosi odpowiedzi. Karol Nawrocki rozpoczął wystąpienie 23…

  • Polska ma jeden z największych RZĄDÓW w całym G20.

    Polska na dorobku, rząd na bogato W Polsce obywatel powinien być oszczędny, przedsiębiorca wydajny, a pracownik elastyczny. Władza najwyraźniej najbardziej ceni tę ostatnią cechę. Zwłaszcza kiedy trzeba elastycznie zmieścić przy rządowym stole jeszcze jedną osobę. Nie jesteśmy państwem wielkości Indii. Nie mamy tylu mieszkańców co Japonia, Niemcy, Francja czy Włochy. A jednak pod względem liczby…

  • Trump i jego USA niczym Kaczyński, tuż przed wyborami chce zmienić okręgi wyborcze!!!

    Kiedy władza zaczyna poprawiać zasady wyborów. Wtedy w USA Trump ma problemy! W demokracji można zmieniać podatki, ministrów, programy społeczne, granice administracyjne, a nawet konstytucję, jeśli ma się do tego odpowiednią większość. Jest jednak jedna dziedzina, przy której każdej władzy powinna zapalać się czerwona lampka: reguły wyborów. Czyżby USA za czasów Trumpa całkowicie chciało się…

Oryginalny tekst będący podstawą napisanego felietonu, najdziesz TUTAJ:

Trump i USA nie widzą tego co nadchodzi z bliskiego wschodu?

0

USA, Iran i Izrael: świat, w którym sojusze przestają być oczywiste

Jeszcze kilka lat temu mapa światowych sojuszy wydawała się stosunkowo czytelna. Stany Zjednoczone miały swoich partnerów, przeciwników i strefy wpływów. Izrael pozostawał jednym z najważniejszych sojuszników Waszyngtonu na Bliskim Wschodzie, a Iran jednym z głównych przeciwników amerykańskiej polityki w regionie. Dziś te podziały formalnie nadal istnieją, ale coraz mniej mówią o tym, jak naprawdę działa świat.

Widać to zarówno na Bliskim Wschodzie, gdzie USA, Iran i Izrael znajdują się w centrum przeciągającego się konfliktu, jak i w relacjach Waszyngtonu z państwami, które przez dekady uchodziły za jego najbardziej przewidywalnych partnerów.

Kanada jest tutaj dobrym przykładem.

Decyzja Ottawy o zawieszeniu negocjacji handlowych ze Stanami Zjednoczonymi sama w sobie nie ma oczywiście nic wspólnego z wojną z Iranem. Pokazuje jednak coś znacznie szerszego: nawet bliscy partnerzy USA coraz częściej próbują zaznaczać granice swojej zależności od Waszyngtonu.

Raczej nie.

USA coraz częściej używają siły — nie tylko militarnej

W przypadku Iranu jest to przede wszystkim potęga militarna i gospodarcza. Konflikt rozpoczęty 28 lutego 2026 roku przez uderzenia USA i Izraela na Iran doprowadził do wielomiesięcznej konfrontacji, której nie zakończyły kolejne próby zawieszenia broni. Jednym z centralnych punktów sporu stała się Cieśnina Ormuz — kluczowa arteria światowego handlu energią.

Waszyngton sięga równocześnie po sankcje, blokadę morską i presję ekonomiczną. Iran odpowiada groźbami wobec żeglugi i państw wspierających amerykańskie działania. W sierpniu napięcie ponownie wzrosło, a władze w Teheranie ostrzegały sąsiadów przed uczestnictwem w amerykańskiej kampanii gospodarczej.

To właśnie tutaj pojawia się element wspólny z innymi sporami prowadzonymi przez USA: przekonanie, że dostęp do największego rynku świata, systemu finansowego, technologii i bezpieczeństwa może być używany jako narzędzie polityczne.

Wobec Iranu narzędzia są ekstremalne. Wobec sojuszników przybierają formę ceł, negocjacji handlowych i nacisku gospodarczego. Mechanizm jest jednak podobny — przewaga ma przełożyć się na ustępstwa drugiej strony.

OCZYWISTE SOJUSZE PRZECHODZĄ W NIEPAMIĘĆ, ALE POWSTAJĄ TE NOWE CZASAMI NIEOCZYWISTE.

Izrael pozostaje sojusznikiem, ale Bliski Wschód już się zmienia

Szczególnie interesująca jest rola Izraela. Izrael i USA pozostają strategicznymi partnerami, a działania przeciwko Iranowi jeszcze bardziej połączyły ich politykę bezpieczeństwa.

Problem w tym, że wojna Izrael–Iran–USA wywołała również skutki, których prawdopodobnie nie zakładał żaden ze sztabów planujących pierwsze uderzenia.

Państwa Zatoki Perskiej zaczęły zastanawiać się, czy dalsze uzależnianie własnego bezpieczeństwa od Stanów Zjednoczonych jest wystarczającą strategią. Na Bliskim Wschodzie pojawiają się nowe formaty współpracy i nowe próby zabezpieczania interesów niezależnie od Waszyngtonu. „Financial Times” zwraca uwagę, że wojna przyspieszyła regionalne przetasowanie. Tym samym musiła część państw do ponownej oceny zarówno amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa, jak i roli Izraela w regionie.

To paradoks.

Im bardziej USA próbują potwierdzić swoją dominację, tym silniejszą motywację dają niektórym państwom, aby przygotowywać się na świat, w którym amerykańska dominacja nie będzie już jedyną opcją.

CZY USA NADAL JEST SZERYFEM ŚWIATA, CZY TYLKO SKARBONKĄ TRUMPA?

Iran doskonale rozumie znaczenie gospodarki

Teheran od lat wie, że jego największą słabością nie jest wyłącznie przewaga militarna przeciwników.

Jest nią gospodarka.

Dlatego Iran wykorzystuje Cieśninę Ormuz nie tylko jako element strategii wojskowej, lecz także jako instrument nacisku ekonomicznego. Jeśli bezpieczeństwo transportu ropy i gazu staje się niepewne, skutki odczuwają nie tylko Stany Zjednoczone czy Izrael. Odczuwają je Europa, Azja, państwa Zatoki i światowe rynki.

Kanada również dołączyła w sierpniu do presji na Teheran. Tym razem nakładając kolejne sankcje na osoby powiązane z działaniami utrudniającymi żeglugę w rejonie Cieśniny Ormuz. Ottawa podkreśla, że tysiące marynarzy i setki statków pozostają dotknięte skutkami konfliktu.

I właśnie tutaj historia zatacza interesujące koło.

Kanada może wspierać Stany Zjednoczone w presji na Iran, a jednocześnie sprzeciwiać się Waszyngtonowi w kwestiach handlowych.

Sojusz nie oznacza już automatycznego podporządkowania.

Świat wchodzi w epokę transakcyjnych sojuszy

To być może najważniejszy wniosek płynący zarówno z napięć USA–Kanada, jak i znacznie poważniejszego konfliktu USA–Iran–Izrael.

Państwa coraz częściej współpracują w jednym obszarze i jednocześnie ostro rywalizują w innym.

Turcja może należeć do NATO i jednocześnie budować własne regionalne układy bezpieczeństwa. Arabia Saudyjska może współpracować z Waszyngtonem, a równocześnie szukać alternatywnych partnerów. Kanada może uczestniczyć w sankcjach przeciwko Iranowi i jednocześnie odpowiadać na amerykańskie cła.

Stary model polityki zagranicznej — „jesteś z nami albo przeciwko nam” — coraz gorzej opisuje rzeczywistość.

USA wygrają wiele sporów. Pytanie, ilu partnerów przy tym stracą

Stany Zjednoczone nadal dysponują czymś, czego nie posiada żadne inne państwo w podobnej skali. Oni mają połączeniem potęgi militarnej, gospodarczej, technologicznej i finansowej.

Mogą więc wywierać ogromną presję zarówno na Iran, jak i na partnerów handlowych.

Nie oznacza to jednak, że każda wygrana negocjacja wzmacnia długoterminową pozycję Ameryki.

Jeżeli sojusznicy zaczynają dochodzić do wniosku, że muszą zabezpieczać się również przed decyzjami Waszyngtonu. Naturalną konsekwencją będzie dywersyfikowanie handlu, tworzenie nowych porozumień i budowanie alternatywnych struktur bezpieczeństwa.

Wojna USA i Izraela z Iranem pokazuje ten proces w jego najbardziej brutalnej formie. Spory handlowe pokazują dokładnie to samo zjawisko w garniturach, przy stole negocjacyjnym.

Dlatego prawdziwym pytaniem nie jest dziś, czy Stany Zjednoczone pozostają najpotężniejszym państwem świata.

Pozostają.

Pytanie brzmi: czy sposób, w jaki Waszyngton używa swojej potęgi, przekonuje inne państwa, że warto być blisko USA — czy raczej, że warto przygotować sobie plan B?

  • Alkoholowa Polska. Prezydenckie weto, krakowski eksperyment i miliardy, które tracimy na piciu

    Prezydent widzi wyborców, a nie cierpienie obywateli. Czy państwo powinno zarabiać na alkoholu, czy raczej ograniczać straty, które jego spożywanie powoduje? Kraków dostarcza argumentów do ogólnopolskiej dyskusji, a decyzja prezydenta Karola Nawrockiego o zawetowaniu podwyżki akcyzy nadaje jej dodatkowy polityczny wymiar. Prezydent powiedział „nie” podwyżce akcyzy 18 grudnia 2025 roku prezydent Karol Nawrocki zawetował ustawę…

  • Nie nasz, nie wasz. Polski. Czy czas na reset Trybunału Konstytucyjnego?

    Trybunał, któremu musimy znowu zaufać Problem Polski nie polega dziś wyłącznie na tym, kto siedzi w fotelu prezesa Trybunału Konstytucyjnego. Problem jest znacznie poważniejszy: część obywateli przestała wierzyć, że Trybunał stoi ponad polityczną wojną. A państwo, w którym konstytucyjny bezpiecznik sam staje się przedmiotem sporu, zaczyna mieć problem większy niż jakakolwiek partia. Najnowsza odsłona konfliktu…

  • Trzaskowski spokojny, referendum w Warszawie odwołane.

    Koniec stresu dla Warszawy. Trzaskowski może działać dalej. Warszawa nie pójdzie do referendum w sprawie odwołania Rafała Trzaskowskiego i Rady Warszawy. Inicjatorzy Stołecznej Operacji Referendalnej zebrali około 111 tysięcy podpisów. Potrzebowali około 132 tysięcy. Zabrakło mniej więcej 21 tysięcy. I właśnie w tym miejscu można mówić o demokracji — choć zapewne każda ze stron rozumie…

  • Nawrocki w ONZ walczy o reparacje zamiast o pokój.

    Te same tezy kolejny rok z rzędu. Po przemówieniu polskiego prezydenta w ONZ chciałbym wiedzieć, co Polska zamierza zrobić, żeby nasze dzieci za dziesięć lat żyły bezpieczniej. Jaką inicjatywę proponujemy światu i kogo potrafimy do niej przekonać. Pamięć o dawnych krzywdach nadaje tym pytaniom ciężar. Sama jednak nie przynosi odpowiedzi. Karol Nawrocki rozpoczął wystąpienie 23…

  • Polska ma jeden z największych RZĄDÓW w całym G20.

    Polska na dorobku, rząd na bogato W Polsce obywatel powinien być oszczędny, przedsiębiorca wydajny, a pracownik elastyczny. Władza najwyraźniej najbardziej ceni tę ostatnią cechę. Zwłaszcza kiedy trzeba elastycznie zmieścić przy rządowym stole jeszcze jedną osobę. Nie jesteśmy państwem wielkości Indii. Nie mamy tylu mieszkańców co Japonia, Niemcy, Francja czy Włochy. A jednak pod względem liczby…

  • Trump i jego USA niczym Kaczyński, tuż przed wyborami chce zmienić okręgi wyborcze!!!

    Kiedy władza zaczyna poprawiać zasady wyborów. Wtedy w USA Trump ma problemy! W demokracji można zmieniać podatki, ministrów, programy społeczne, granice administracyjne, a nawet konstytucję, jeśli ma się do tego odpowiednią większość. Jest jednak jedna dziedzina, przy której każdej władzy powinna zapalać się czerwona lampka: reguły wyborów. Czyżby USA za czasów Trumpa całkowicie chciało się…

Oryginalny tekst będący podstawą napisanego felietonu, najdziesz TUTAJ:

Lekarz zamiast 1.6 miliona miał 1.6 promila.

1,3 promila. Za kierownicą tracisz prawo jazdy. A lekarz przy łóżku pacjenta?

Wyobraźmy sobie kierowcę autobusu. Zawodowca. Człowieka, który każdego dnia wozi kilkadziesiąt osób do pracy, szkoły, domu.
Policja zatrzymuje go podczas kursu. Alkomat pokazuje 1,3 promila alkoholu.
Co dzieje się dalej?
A co w takiej sytuacji robi lekarz?
Czy ktoś mówi: „Spokojnie, przecież nikogo nie potrącił”?
Może racodawca tłumaczy mieszkańcom: „Mamy braki kadrowe, trudno dziś znaleźć kierowców, ktoś przecież musi prowadzić autobus”?
Czy po kilku miesiącach ten sam człowiek siada za kierownicą w sąsiednim mieście, bo tam akurat był wakat?

Raczej nie.

Przy 1,3 promila kierowca nie ma problemu wizerunkowego. Ma problem karny. Prowadzenie samochodu w takim stanie jest przestępstwem. W przypadku skazania sąd orzeka zakaz prowadzenia pojazdów na co najmniej trzy lata. Dla zawodowego kierowcy oznacza to w praktyce utratę możliwości wykonywania swojego zawodu. Przepisy prawa pracy przewidują też możliwość rozwiązania umowy bez wypowiedzenia m.in. w przypadku ciężkiego naruszenia obowiązków albo zawinionej utraty uprawnień koniecznych do wykonywania pracy.
I właściwie nikt nie uznałby tego za przesadę.
Bo kierowca odpowiada za ludzi.
A lekarz?
Tu zaczyna się historia, która powinna nas wszystkich zmusić do zadania bardzo niewygodnego pytania.

Pamiętacie, za co przenosi się księży pomiędzy parafiami? To teraz zauważcie mechanizm wśród lekarzy!

22 pacjentów i 1,3 promila

W styczniu 2025 roku chirurg pełniący dyżur na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym w Świdnicy miał — według opisywanej sprawy — 1,3 promila alkoholu.

Podczas dyżuru miał przyjąć 22 pacjentów.

Dwadzieścia dwie osoby.

Dwadzieścia dwie historie choroby.

Dwadzieścia dwa momenty, w których ktoś mógł potrzebować właściwej diagnozy, prawidłowej decyzji, odpowiednio dobranego leczenia.

SOR nie jest przecież miejscem, w którym człowiek przychodzi porozmawiać o wynikach badań przy kawie.

To miejsce, gdzie czasami kilka minut decyduje o zdrowiu albo życiu.

Po ujawnieniu sprawy lekarz przestał pracować w świdnickim szpitalu. Prokuratura badała, czy doszło do narażenia pacjentów na niebezpieczeństwo. Ostatecznie postępowanie zostało umorzone, a sprawa trafiła również do samorządu lekarskiego.

I na tym można byłoby historię zakończyć.

Gdyby nie jeden szczegół.

Lekarz znalazł zatrudnienie w innej placówce.

„Trzeba wypełnić wakaty”

I właśnie tutaj pojawia się argument, który jest jednocześnie najbardziej zrozumiały i najbardziej przerażający.
Brakuje lekarzy.
Są wakaty.
Pacjenci czekają.
Ktoś musi pracować.
To wszystko prawda.
Tylko spróbujmy ten sam argument zastosować do naszego kierowcy autobusu.
Firma transportowa mówi:
„Tak, miał 1,3 promila. Ale przecież mamy braki kadrowe”.
Brzmi absurdalnie?
Oczywiście.
Wyobraźmy sobie pilota samolotu.
Kontrola przed lotem wykazuje 1,3 promila.
Czy linia lotnicza tłumaczy pasażerom:
„Rozumiemy państwa obawy, ale brakuje nam pilotów”?
Albo maszynistę pociągu.
No chyba, że człowieka sterującego ciężką maszyną w fabryce.
W każdym z tych zawodów powiedzielibyśmy jedno:
są profesje, w których odpowiedzialność za drugiego człowieka musi oznaczać również wyjątkowo wysokie wymagania wobec osoby wykonującej tę pracę.
I właśnie dlatego trudno zrozumieć, dlaczego podobna intuicja miałaby przestać obowiązywać przy drzwiach szpitala.

A GDYBY TA SPRAWA DOTYCZYŁA CIĘ, JAK BY

ZACHOWAŁ SIĘ TWÓJ PRACODAWCA?

Kierowca ma prawo jazdy. Lekarz ma zaufanie.

Jest jednak zasadnicza różnica.
Kierowcy można zabrać prawo jazdy.
To konkretne uprawnienie. Dokument. Zakaz.
Lekarz posiada coś jeszcze ważniejszego.

Zaufanie.

Pacjent wchodzący na SOR nie sprawdza lekarza alkomatem.
Nie pyta o jego stan psychofizyczny.
Nie prosi o przedstawienie wyników kontroli trzeźwości.
Oddaje się w jego ręce.
Czasami dosłownie.
Zakłada, że człowiek stojący po drugiej stronie biurka jest zdolny do podejmowania decyzji dotyczących jego zdrowia.
To jeden z najbardziej jednostronnych kredytów zaufania, jakie istnieją w społeczeństwie.
Dlatego pytanie nie powinno brzmieć wyłącznie:
„Czy lekarz wyrządził komuś krzywdę?”.
Powinno brzmieć również:

czy osoba mająca 1,3 promila powinna w tym momencie podejmować decyzje dotyczące zdrowia pacjentów?

Bo gdybyśmy przyjęli zasadę, że problem istnieje dopiero wtedy, gdy wydarzy się tragedia, musielibyśmy zastosować ją również wobec pijanych kierowców.
„Jechał pijany, ale nikogo nie zabił”.
Czy to wystarcza?
Nie.
I bardzo dobrze, że nie wystarcza.

Brak lekarzy nie może być immunitetem

Oczywiście system ochrony zdrowia ma ogromny problem kadrowy.
Szpitale walczą o specjalistów.
Małe miasta mają szczególnie trudną sytuację.
Samorządowe przychodnie często miesiącami szukają lekarzy.
Tylko że niedobór pracowników nie może prowadzić do obniżenia standardów bezpieczeństwa.
Bo jeśli zaakceptujemy takie rozumowanie, za chwilę okaże się, że wszystko można usprawiedliwić brakami kadrowymi.
Zmęczonego lekarza po kilkudziesięciu godzinach pracy.
Lekarza pod wpływem alkoholu.
Kierowcę bez odpowiednich uprawnień.
Pilota, który nie powinien wejść do kokpitu.
Zawsze znajdzie się przecież jakiś wakat.
Tylko pacjent nie jest wakatem.
Pacjent jest człowiekiem.

Najbardziej niepokojące pytanie

W całej tej historii najbardziej interesujące nie jest nawet to, co zrobił jeden lekarz.
Znacznie ważniejsze jest pytanie o system.

Gdzie przebiega granica?

Ile musi się wydarzyć, żebyśmy powiedzieli: tego człowieka nie można teraz dopuścić do pracy, nawet jeżeli bardzo go potrzebujemy?
Bo jeśli zawodowy kierowca zostanie zatrzymany z 1,3 promila, państwo mówi mu wprost:
Nie możesz prowadzić.
Nie dlatego, że już kogoś zabiłeś.
Dlatego, że stworzyłeś niedopuszczalne zagrożenie.
W ochronie zdrowia powinniśmy wymagać co najmniej równie poważnego podejścia.
Nie chodzi o publiczny lincz.
Tu nawet nie chodzi o przekreślenie człowieka na całe życie.
Nie chodzi nawet o to, by udawać sąd i wydawać wyrok na podstawie artykułu prasowego.
Chodzi o coś znacznie prostszego.
O konsekwencję.
Skoro wymagamy bezwzględnej trzeźwości od człowieka prowadzącego autobus z trzydziestoma pasażerami, trudno zaakceptować niższy standard wobec człowieka, który podczas jednego dyżuru podejmuje decyzje dotyczące zdrowia dwudziestu dwóch pacjentów.
Bo kierowca trzyma w rękach kierownicę.

Lekarz czasami trzyma w rękach ludzkie życie.

I właśnie dlatego „brakuje ludzi” nigdy nie powinno być odpowiedzią na pytanie o bezpieczeństwo.

  • Alkoholowa Polska. Prezydenckie weto, krakowski eksperyment i miliardy, które tracimy na piciu

    Prezydent widzi wyborców, a nie cierpienie obywateli. Czy państwo powinno zarabiać na alkoholu, czy raczej ograniczać straty, które jego spożywanie powoduje? Kraków dostarcza argumentów do ogólnopolskiej dyskusji, a decyzja prezydenta Karola Nawrockiego o zawetowaniu podwyżki akcyzy nadaje jej dodatkowy polityczny wymiar. Prezydent powiedział „nie” podwyżce akcyzy 18 grudnia 2025 roku prezydent Karol Nawrocki zawetował ustawę…

  • Nie nasz, nie wasz. Polski. Czy czas na reset Trybunału Konstytucyjnego?

    Trybunał, któremu musimy znowu zaufać Problem Polski nie polega dziś wyłącznie na tym, kto siedzi w fotelu prezesa Trybunału Konstytucyjnego. Problem jest znacznie poważniejszy: część obywateli przestała wierzyć, że Trybunał stoi ponad polityczną wojną. A państwo, w którym konstytucyjny bezpiecznik sam staje się przedmiotem sporu, zaczyna mieć problem większy niż jakakolwiek partia. Najnowsza odsłona konfliktu…

  • Trzaskowski spokojny, referendum w Warszawie odwołane.

    Koniec stresu dla Warszawy. Trzaskowski może działać dalej. Warszawa nie pójdzie do referendum w sprawie odwołania Rafała Trzaskowskiego i Rady Warszawy. Inicjatorzy Stołecznej Operacji Referendalnej zebrali około 111 tysięcy podpisów. Potrzebowali około 132 tysięcy. Zabrakło mniej więcej 21 tysięcy. I właśnie w tym miejscu można mówić o demokracji — choć zapewne każda ze stron rozumie…

  • Nawrocki w ONZ walczy o reparacje zamiast o pokój.

    Te same tezy kolejny rok z rzędu. Po przemówieniu polskiego prezydenta w ONZ chciałbym wiedzieć, co Polska zamierza zrobić, żeby nasze dzieci za dziesięć lat żyły bezpieczniej. Jaką inicjatywę proponujemy światu i kogo potrafimy do niej przekonać. Pamięć o dawnych krzywdach nadaje tym pytaniom ciężar. Sama jednak nie przynosi odpowiedzi. Karol Nawrocki rozpoczął wystąpienie 23…

  • Polska ma jeden z największych RZĄDÓW w całym G20.

    Polska na dorobku, rząd na bogato W Polsce obywatel powinien być oszczędny, przedsiębiorca wydajny, a pracownik elastyczny. Władza najwyraźniej najbardziej ceni tę ostatnią cechę. Zwłaszcza kiedy trzeba elastycznie zmieścić przy rządowym stole jeszcze jedną osobę. Nie jesteśmy państwem wielkości Indii. Nie mamy tylu mieszkańców co Japonia, Niemcy, Francja czy Włochy. A jednak pod względem liczby…

  • Trump i jego USA niczym Kaczyński, tuż przed wyborami chce zmienić okręgi wyborcze!!!

    Kiedy władza zaczyna poprawiać zasady wyborów. Wtedy w USA Trump ma problemy! W demokracji można zmieniać podatki, ministrów, programy społeczne, granice administracyjne, a nawet konstytucję, jeśli ma się do tego odpowiednią większość. Jest jednak jedna dziedzina, przy której każdej władzy powinna zapalać się czerwona lampka: reguły wyborów. Czyżby USA za czasów Trumpa całkowicie chciało się…

Oryginalny tekst będący podstawą napisanego felietonu, najdziesz TUTAJ: